Wielokrotnie zauroczeni pięknem, urokiem lub atmosferą odwiedzanych  miejsc nie znaleźliśmy jednocześnie podczas naszej rocznej podróży po Azji miejsca, w którym narodziła by się nieodparta chęć pozostania na dłużej, na zawsze. Nie taki był zresztą cel tego wyjazdu. Jeśli ktoś jednak uparcie wypytywał by mnie, w którym konkretnie miejscu naszej wyprawy chciałabym zostać na dłużej, gdzie mogłabym zamieszkać na stałe, to wskazałabym prawdopodobnie malezyjski Penang.

Penang – dla zachłannych i zmiennych.

Wcale nie najpiękniejszy, na pewno nie dziewiczo egzotyczny. A jednak – na tej swojej niewielkiej powierzchni tak zmienny, tak kulturowo barwny, na tyle rozwinięty, a jednocześnie wciąż sielski, dziki i tropikalny, że zauroczył mnie swoją różnorodnością. W pewnym momencie dał też genialne poczucie, że wreszcie wszystko to, czego szukam w podróży (i generalnie w życiu), mogłabym mieć tu w jednym miejscu naraz.

To wyspa dla zachłannych, dla niezdecydowanych i zmiennych. To wyspa dla mnie – pomyślałam o niej już po kilku pierwszych dniach pobytu w naszym tymczasowym domu Titi Teras Village House w okolicach Balik Pulau na zachodnim Penangu. Jak nigdy przedtem upajaliśmy się tam wiejską aurą, delektowaliśmy sielskimi krajobrazami i podziwialiśmy malownicze zachody słońca na czystej, spokojnej plaży Panjang. Ale gdy tylko ta leniwa egzystencja zaczynała się nudzić, wskakiwaliśmy na skuter lub wsiadaliśmy do autobusu i w ciągu godziny docieraliśmy do tętniącego życiem George Town, które za każdym razem dostarczało nowej dawki pozytywnej adrenaliny, za każdym razem też skutecznie wypompowując z nas resztki sił.

Magiczne George Town.

Zachwyciło mnie to miasto. Jak wszystko na wyspie – okazało się niesamowicie różnorodne. Niby nowoczesne, modne, a jednak w pełni oddające ducha przeszłości, a nawet wciąż tą przeszłością żyjące. To taka ujmująca i żywa mieszanina kultur, architektury, designu, smaków i zapachów. To plątanina ulic, w których aż chciało się pobłądzić, by poczuć czar pękających murów, walających się konstrukcji starych kolonialnych budynków i nie odrestaurowanych kamienic.

Nie mogliśmy się napatrzeć na te drewniane potężne drzwi z odrapaną farbą i mosiężnymi łańcuchami, rozpychające się rowery i riksze, gwarne targi i wszechobecne jedzenie uliczne. Nie mogliśmy też nie zauważyć niezabudowanych miejscami kanałów, stert gnijących, cuchnących śmieci i grasujących szczęśliwie po całym mieście wielkich szczurów.  W takim klimacie uliczek starego miasta przemierzaliśmy George Town wielokrotnie, czasami zupełnie w ciemno, przed siebie, czasami z mapą.

Spacerowaliśmy trasą kultowych, idealnie wkomponowanych w budynki i żywo oddających ducha miasta murali Ernesta Zacharevica, który w 2012 roku, cztery lata po wpisaniu miasta na listę światowego dziedzictwa Unesco, zapoczątkował w George Town sztukę uliczną. Szukaliśmy oznaczonych na turystycznej mapie manufaktur i artystycznych warsztatów rzemieślniczych – wciąż żywej, a nawet coraz bardziej promowanej ikony miasta. Podziwialiśmy wybudowaną na wodzie wioskę chińską, nie potrafiąc jednocześnie zrozumieć, jak to możliwe, że w tym miejscu mieszkańcy wioski, tak jak to się działo od wieków, wciąż wypuszczają do wody zawartość swoich śmietników i toalet.

Odpuściliśmy za to – uważane przez niektórych za obowiązkowe – trasy z ulicznym jedzeniem. Był to zbędny w naszym odczuciu wymysł. W George Town jedzenie na ulicy było wszędzie. Siłą rzeczy ciekawe i różnorodne, jak cała mieszanka kulturowa, a mimo to nie znaleźliśmy szczególnych powodów, by się nim zachwycać, podchodząc do tematu bardziej obojętnie.

Sielskie Balik Pulau.

Z gwarnego, kulturalnego George Town ruszaliśmy miejskim autobusem do domu. Na znajdującym się tuż przy wieży Komtar przystanku wsiadaliśmy w autobus linii 401, by po godzinie interesującej jazdy przez rozwijające się przedmieścia stolicy (w rzeczywistości różne miasta, traktowane dziś bardziej jako dzielnice) minąć typowo chińskie osiedla z odrażająco brzydkimi blokowiskami i wyjątkowo inwazyjnym handlem chodnikowym i dotrzeć do zupełnie innej rzeczywistości – wiejskiej Balik Pulau.

  • Pięknie tu. Zielono i tak spokojnie – zagadnęłąm któregoś dnia Adriana, naszego gospodarza w Balik Pulau.
  • Tak – odpowiadał bez namysłu – dlatego zdecydowałem się wynajmować ten dom, żeby mieć gdzie przyjeżdżać w weekendy, zrelaksować się. Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu tak wyglądała prawie cała wyspa. Dzisiaj na Penangu mamy prawdziwy boom budowlany. To prężnie rozwijające się ekonomicznie i bardzo atrakcyjne miejsce do życia, ale niestety, coraz bardziej zmieniające swój charakter.

Adrian zaprosił nas do siebie i pozwolił, żebyśmy przez dwa tygodnie zaopiekowali się jego domem i psem. Dał wolną rękę na małe przearanżowanie wnętrza, pozwolił korzystać z rowerów i wszystkiego, co znajdowało się w jego domu. Sprawił, że podczas całego pobytu czuliśmy się jak u siebie.

Uroki małego miasteczka.

Balik Pulau to maleńkie miasteczko z charakterem i urokiem niczym nie ustępującym George Town, ale za to o wiele spokojniejszym. To tak naprawdę jedna główna ulica z charakterystycznymi dwupiętrowymi zabytkowymi kamienicami. Na parterze sklepy, jadłodajnie, rzemieślnictwo, na górze domy.

Przyjeżdżaliśmy tu niemal codziennie na rowerach na zakupy lub do ulubionej knajpki hinduskiej. W tym maleńkim miasteczku było w zasadzie wszystko, czego moglibyśmy potrzebować. Pozostanie ono w naszej pamięci jako miejsce i czas, w którym naprawdę udało się nam zatrzymać i zasmakować lokalnego życia. Gdzie bez odrobiny pośpiechu w pierwszych promieniach łaskawego jeszcze słońca delektowaliśmy się pitą w ogrodzie na ławce poranną kawą i świeżo zerwanymi z krzaka marakujami, gdzie radość przynosiły tak proste czynności jak podlewanie kwiatów, grabienie liści i opieka nad mieszkającym wraz z nami czworonożnym przyjacielem Scoobim.

Relaks i refleksje.

A gdy tylko słońce schodziło niżej i temperatura powietrza stawała się bardziej znośna, wsiadaliśmy na rowery (jakże miła odmiana dla skutera) i ruszaliśmy na naszą ulubioną plażę. Przemieszczając się polnymi drogami, pedałowaliśmy beztrosko wśród ryżowych upraw, wiejskich domostw, gospodarskich zwierząt i szczęśliwie roześmianych ciekawskich dzieciaków.

Wdychaliśmy zachłannie to cudownie upojne, wilgotne powietrze przesycone zapachem rozgrzanej gleby, rozrzedzonego dymu z tlących się ognisk i dopełniającej całości wonnej nuty zapachowej wszechobecnych durianów. Balik Pulau to jego królestwo, a uprawione tutaj owoce to podobno najsmaczniejsze okazy w całej Malezji. Dla nas stały się one tak codzienne, tak naturalnie obecne w każdym pojedynczym wdechu, że przestaliśmy szybko zwracać na nie uwagę i ostatecznie, czego teraz w sumie żałujemy, nie skosztowaliśmy ich w swojej naturalnej, świeżej postaci.

To powolne leniwe pedałowanie było kwintesencją całego zachodniego Penangu. Był czas na obserwację, był czas na rozmyślania, a ja wciąż nie potrafiłam wyjść z zachwytu nad prostotą i harmonią tutejszego życia. Tak blisko natury, bez zbędnych i toksycznych wymysłów urbanizacji, a jednocześnie z tak łatwym do niej dostępem i komfortem, jaki daje rozwinięta jako tako zbiorowość społeczna. Mijane przez nas dzieci, inaczej niż w podobnej z wyglądu Indonezji, Wietnamie czy Mjanmarze, nie miały problemów z dostępem do edukacji, czy opieki medycznej, nie były zmuszane do pracy, ani tym bardziej do żebractwa.

Wyjazd i powrót na Penang.

Odwiedziliśmy na Penangu wiele wiosek, plantacji, gospodarstw, plaż i przystani rybackich. Przedzieraliśmy się przez lasy mangrowe, lasy deszczowe i zatłoczone ulice zakorkowanych przedmieść George Town. Po ponad dwóch tygodniach odezwało się w nas pragnienie powrotu na Sumatrę, więc zostawiliśmy tu większość swoich rzeczy i ze sporo lżejszymi plecakami polecieliśmy po przygodę do nieco odmiennej kulturowo Indonezji.

Wróciliśmy po trzech tygodniach. Wymęczeni i szczęśliwi, tak jakbyśmy wracali do siebie, do własnego domu, w którym można odpocząć po trudach podróży i ponownie odnaleźć właściwy balans pomiędzy wygodnym, lecz niekontrolowanym rozwojem cywilizacyjnym a spokojnym i szczęśliwym życiem. Zamieszkaliśmy z powrotem w naszym przytulnym pokoju na drewnianych poddaszu, by przez przez kilka dni jeszcze nacieszyć się sielską atmosferą, dzikością ogrodu, buszującymi w nim waranami i pojawiającymi się w nocy specyficznymi okazami mampalonów wydrowatych, na które zawzięcie ujadał Scooby.

Kilka powodów dla kolejnych powrotów.

Po prawie roku podróży po Azji południowo-Wschodniej wiem już, że mimo mojej niesłabnącej miłości do dziewiczych plaż tropikalnych, te piękne, dzikie i odosobnione powszednieją już po kilku dniach lub nawet wcześniej, jeśli trzeba się na nich opędzać od natrętnych owadów (jak np. na Tiomanie), a o ucieczce i życiu w dżungli swoje wszelkie nieśmiałe fantazje porzuciłam już po pierwszym noclegu w Taman Negara. Ciężko byłoby pozostać tam na stałe. Po powrocie do cywilizacji odczuwa się ulgę i cieszy z pierwszego napotkanego sklepu z byle czym. Duże nowoczesne miasta azjatyckie duszą jednak już po kilku dniach swoimi spalinami, męczą wszechobecnym tłumem, hałasem i smrodem.

A Penang? Jest idealny, bo jest wszystkim po trochu i niczym do końca. Choć nie ma tu zachwycających dziewiczych plaż, to jednak kilka z nich (ale na pewno nie popularna Ferringhi) spokojnie spełnia nawet moje, dość wygórowane pod tym względem oczekiwania. Choć stolica wyspy, George Town to nie aż tak nowoczesna metropolia, nie z tyloma drapaczami chmur co np. Kuala Lumpur, to jednak imponuje swymi wciąż rozbudowującymi się wysokościowcami i inspiruje wielkomiejską atmosferą.

I choć rozrastająca się aglomeracja wyspy z dnia na dzień przybiera coraz bardziej betonowy charakter, pozostaną tu na pewno wciąż żywe oazy zieleni.

Penang. A może warto by tu kiedyś wrócić i zostać na długo dłużej…

Zobacz także

Podróżowanie tworzy naszą opowieść o życiu, odkąd jesteśmy we troje. Za Tobą czternasty jej rozdział. Kontynuuj czytanie i zobacz wcześniejsze lub późniejsze rozdziały:

  1. 16: Orangutany z sumatrzańskiego parku Gunung Leuser.
  2. 17: Indonezyjskie Boże narodzenie nad jeziorem Toba.
  3. 18: Nie tak łatwo dotrzeć na wyspy Banyak.
  4. 19/1: Tailana. Dzień dobry, czy to raj?
  5. 19/2: Sikandang. Jedna z wysp, o jakich zawsze marzyłam.

Czy wiesz, że…

Planujesz odwiedzić Południowo-wschodnią Azję? Z każdego miejsca, które odwiedzamy, zostawiamy dużo praktycznych informacji, które pomogą Tobie w planowaniu i organizacji. Oto kilka przykładów:

  1. Jezioro Toba i wyspa Samosir. [Sumatra, Indonezja]
  2. Bukit Lawang i park narodowy Gunung Leuser. [Sumatra, Indonezja]
  3. Wyspy Banyak i Singkil. [Sumatra, Indonezja]

A może inna perspektywa?

Dużo ludzi podróżuje, dużo ludzi to relacjonuje. Sprawdź także relacje innych osób, które tu dotarły.

  1. Relacja z bloga gdziewyjechac.pl
  2. Kasai o wyspie Penang.
  3. Penang od Marcina Wesołowskiego na wojazer.co
  4. Informacje od Łukasza Kędzierskiego na lkedzierski.com
  5. Migawkizeswiata.pl o wyspie Penang.