Z zachodu na wschód.

  • Dobra, to teraz zapłaćcie mi połowę.
  • Co takiego?
  • Połowę za wasz przejazd. Teraz. Muszę kupić paliwo.
  • Ale…

Już odpuszczam. Już nic nie mówię. Zwracam się w stronę Karoliny i naszych dzisiejszych współtowarzyszy podróży z Niemiec.

  • Kierowca chce kasę za przejazd. Nie ma pieniędzy na paliwo. – informuję wszystkich – Zrzucamy się.
  • Ale… – zaczyna Niemka.
  • Szkoda czasu. Teraz dajmy mu połowę, resztę jak będziemy na miejscu.

Indonezja. Tutaj rzeczywistość redefiniuje logikę. Kierowca, który wiezie nas dzisiaj, nie ma pieniędzy na paliwo. Nie zabrał, nie miał, nie wiem. Ważne, że wybrał się w drogę z “towarem”, który te pieniądze ma. Bez ich pieniędzy nie ruszy dalej.

Po prawie trzech miesiącach w Indonezji takie zachowania przestają mnie dziwić. Prawdę powiedziewszy, w ogóle mnie nie dziwią. Przyzwyczaiłem się do nich. Macham już na nie ręką. Człowiek nie ma już siły reagować, nie ma już siły negocjować i mówić, że tak nie powinno być.

Tym razem płacimy za paliwo. Gość zdaje się być uczciwy.

Wsiadamy do samochodu z pełnym bakiem paliwa. Z zawiniętym w papier posiłkiem chwyconym z knajpy naprzeciwko stacji benzynowej i dobrym nastrojem ruszamy dalej w drogę. Za nami dwie godziny jazdy, przed nami jeszcze sześć. Przedzieramy się z zachodniego wybrzeża Sumatry obserwując dziewiczość natury, prostotę zabudowań i mnóstwo śmieci walających się wśród zabudowań.

Zmierzamy do Berastagi.

Wiara w przebudzenie.

Docieramy wieczorem i po trzech próbach znajdujemy miejsce, w którym godzimy się przespać. Pensjonat okazuje się być skromny, ale w przeciwieństwie do dwóch pozostałych nie śmierdzi i właściciele nie udają, że nie mają wolnych pokoi, bojąc się obcokrajowców. Mamy łóżko (jedno, wąskie), mamy łazienkę (tylko z zimną wodą), jest krzesło, jest koc. To wszystko oznacza, iż nie jest źle. Mamy też taras, z którego widać Berastagi, a za nim w tle majestatycznie majaczy gromada wulkanicznych stożków.

Zmierzcha.

Wieczorem Berastagi, jak wszystkie inne miasta Azji, ładnieje. Ciemność ukrywa niedoskonałości architektoniczne (dyplomatycznie powiedziane) i śmieci walające się na ulicach i poboczach. Zapachy dochodzące z ulicznych stoisk z jedzeniem uśmiercają na chwilę smród, który przenikliwie potrafi uderzać w nozdrza. Neony i szyldy rozświetlają otoczenie, tworząc kolorowy, jakże odmienny od tego, którego doświadcza się w ciągu dnia, świat.

Miasteczko pełni rolę odskoczni. Przyciąga Medańczyków nieco chłodniejszym klimatem i świeższym powietrzem. Zachęca zebranymi w okolicy i sprzedawanymi na centralnym targu świeżymi warzywami i owocami. Zachwyca górującymi nad miastem, wciąż aktywnymi wulkanami Sibayak i Sinabung. W ciągu dnia jest hałaśliwe i zakurzone, wieczorem żywe, tłoczne i kolorowe.  Jak magnes przyciąga też obcokrajowców, dla których stanowi kontrast wobec niezbadanych i gęstych dżungli, rajskich wysp zachodniego wybrzeża, czy Toby – największego wulkanicznego jeziora na świecie. Część z nich wierzy, że wciąż aktywne wulkany pokażą swoją naturę, przebudzą się i wyrzucą z siebie lawę, dym i popiół.

Stukot łyżek przewracających ryż.

  • Patrzcie, zabrali nam półmisek i postawili na stole tych ludzi. – mówię do Karoliny i Zoi – Wygląda na to, że to jedzenie wędruje ze stolika na stolik, a niezjedzone, wraca do sprzedaży. Ekonomicznie…

Siedzimy w wyglądającej na jedną z lepszych knajp w Berastagi. Gdybym trafił do niej podczas pierwszych kilku dni pobytu w Indonezji, uznałbym ją za obskurną. Dzisiaj zdaje się być przyjemna. Obok, przy kilku połączonych stołach, siedzi duża indonezyjska rodzina spożywająca rękoma ryż i kilkanaście dodatków. Nie hałasują, rozmawiają. Karolina z Zoją zajadają doproszonymi łyżkami ryż i losowo wybrane dodatki. Ja – tak jak indonezyjczycy – jem rękoma.

Wieczorne Berastagi to mieszanka ognia, dymu, hałasu silników i stukotu łyżek obijających się o woki i przewracających ryż. Gdzieniegdzie echem odbijają się huki petard, którymi bawią się dzieciaki, czasami usłyszy się rżenie zmęczonych koni, które – po dniu pełnym pracy – odprowadzane są z okolic rynku do stajni. Rynek, słynny rynek Berastagi, choć pełen kolorowych owoców i warzyw, świeci już pustkami, a w oczach sprzedawczyń wyraźnie ukazuje się znudzenie. Dzieciaki biegają wśród stoisk, instynktownie omijając ostatnich, szukających czegoś na kolację mieszkańców.

W drodze powrotnej zaglądamy na stoiska kupców sprzedających ubrania, w stoiska z warzywami, w ogromne gary, w których gotują się zupy, a na wydobywającej się z nich parze – kolby kukurydzy. Przepłacamy za kilka – ponoć najlepszych w Indonezji – mangostynów i świeżych mango. Powoli, maszerując w stronę naszego gościńca, w myślach układamy plan jutrzejszego dnia.

Zasypiamy wczesnym wieczorem.

Tylko kilka godzin w Berastagi.

Jest rano.

Pobudka o 6:00. Wykorzystując położenie naszego pensjonatu, w lekkim jeszcze chłodzie wlepiamy zaspane oczy w horyzont usiany stożkami, zza którego wystaje coraz większa, czerwona łuna światła. Po porannej kawie i kilku minutach marszu siedzimy już w rozpadającym się Bemo i mkniemy w stronę wejścia na szlak, który poprowadzi nas dzisiaj na kalderę wulkanu Sibayak. Wraz z nami podróżują dwie kobiety, które wysiadają po chwili, zostawiając nas samych w tej kupie złomu.

To dziwne, ale poruszając się w tych okolicach, gubię orientację. Nie mogę się zorientować, co jest gdzie. Nie wiem, w którą stronę świata jedziemy, ani jak względem miasta zlokalizowany jest wulkan. Zazwyczaj taką wiedzę mam. Dzisiaj nie…

Przy wejściu na szlak napotykamy strażników, którzy zaspani leniwie przygotowują się do dnia. Głodni, bez śniadania, zatrzymujemy się na chwilę przy ich zbitej z dech i blach stróżówce i kupujemy bilety, dwa kubki gorącej herbaty i jedyny posiłek jaki mają – Pop Mie.

Wszystko toczy się tutaj powoli. Woda gotuje się 10 minut. Śmieci, które powinny być zutylizowane, palą się byle jak, tląc w sobie kilka ledwo widocznych dla oka iskier. Okoliczne, bezpańskie psy, które szlajają się w okolicy i próbują pozagryzać siebie nawzajem, nie przestają poszczekiwać. Jakiś chłopak myje zęby przy odpychającym z odległości kilkudziesięciu metrów wychodku. Kierowca Bemo pali papierosa. Droga jest pusta.

Usiąść, posłuchać, rozejrzeć się wokół.

Wspinaczka nie należy do trudnych. Jeśli ma się odrobinę rozumu i nie podchodzi do wyrw w ziemi i osuwisk, które potrafią zabrać pół drogi, trasę pokona się z dużą przyjemnością. Połowa wiedzie przez wyasfaltowaną, stromą jezdnie, która dzisiaj (ze względu na wyrwy) nie jest już używana przez samochody. Druga część to już lasy ze śliskim podłożem i wystającymi korzeniami oraz kamieniste podejście na kalderę, które również, co jakiś czas, zaskakuje brakiem przejścia (szukaj sobie bezpiecznego obejścia sam), czy szumiącymi, siarkowymi obłokami dymu wydobywającego się prosto z pozłacanej ziemi (lepiej nie wąchać za intensywnie).

Kaldera, jezioro i buchająca gdzieniegdzie z ziemi siarka zdają się nie zadziwiać. Nie magnetyzują. Nie po wulkanie Bromo. Sibayak nie ma ogromnej dziury, której dno można sobie tylko wyobrażać, stojąc na grzbiecie kaldery. Nie zagłusza wszystkiego wokół, czyniąc rozmowę niemożliwą do wykonania. Nie dusi, zmuszając śmiałka, który pokonał trud wejścia, do szybkiego powrotu. Delikatnie akcentuje swoją obecność pozłacanymi otworami i krystalizującą się siarką oraz  gdzieniegdzie dobiegającymi zza skał szumami. Jest bardziej przyjazny niż Bromo. Pozwala tym, u których fantazji co niemiara, ułożyć z kamieni wyznania miłosne na dnie płytkiego jeziora, a innym, którym podłoże twarde i niepewne nieobce, rozłożyć się na noc, skryć w namiocie i oddać się w objęcia Morfeusza po to, aby wschód słońca przywitać w jego otoczeniu.

Sibayak jest przyjazny. Jest łatwy. Zachęca do tego aby z nim pobyć, aby usiąść, posłuchać, aby popatrzeć na to co wokół.

Dlaczego obudziłeś się właśnie teraz?

Sumatra (a może cała Indonezja) chce nas pożegnać godnie. Lubię tak o tym myśleć. Bo jak inaczej nazwać fakt, że pomimo tego, że dajemy jej tak mało czasu, to żegna nas kompozycją wizualną, możliwą do uchwycenia niebywale rzadko. Tak jakby czuła, że zostawiamy na niej serca. Jakby wiedziała, że zawładnęła częścią naszych umysłów i podróżniczych wyobrażeń i mówiła: “mam więcej”. Jakby czuła, że tu wrócimy i będziemy stąpać jeszcze po jej powierzchni odkrywając to, co najcenniejszego ma do ukazania.

Stojąc na grzbiecie kaldery, kiedy patrzymy na zachód, na wulkan Sinabung, ten wyrzuca z siebie olbrzymią chmurę popiołu. Chmura ta powoli, leniwie rozprzestrzenia się nad stożkiem. To ten niebywały widok, ta kompozycja, są tym, czym żegna nas Sumatra. Na bliżej niesprecyzowany czas zamieramy w bezruchu.

Wpatrujemy się przed siebie, chłonąc tą wyjątkową chwilę. Oświetlany porannymi promieniami słońca Sinabung narkotyzuje. Zdaje się być w tym momencie jak obiekt nie z tej planety. Dopiero po chwili uruchamiamy aparat i orientujemy się, że oprócz nas zastanym widokiem zachwyca się także grupa czterech indonezyjskich studentów. Po ich minach, tonie rozmowy, postawie i ilości wykonanych zdjęć utwierdzam się w przekonaniu, że trafiamy tutaj w wyjątkowej chwili.

Pierwsza miłość.

Kiedy myślę już, że czas emocji i zachwytów się skończył, okazuje się, że jestem w błędzie. Nie spodziewam się, że znajdziemy tutaj coś, co może stać się obiektem zauroczenia, może nawet miłości. Ba, w ogóle takie myśli nie zaprzątają mi głowy. Zastanawiam się, jak się stąd wydostać, gdzie się udać, jak spędzić następną noc, czy zdążymy na samolot.

  • Mamo, Tato, obiecaliście mi, że pójdziemy na konia. – odzywa się Zoja podczas drogi powrotnej.
  • Obiecaliśmy. – odpowiadamy.

Dwie godziny później obserwujemy szczęście w swojej najprawdziwszej postaci. Jawi się uśmiechem i radością czteroletniej dziewczynki siedzącej na białym koniu, okrążającej obskurny rynek w Berastagi, miasteczku gdzieś na Sumatrze. W oczach widać jak radość ta wygrywa ze strachem, nowością i bojaźnią. Jak – choć nie ma pojęcia jak – pokonuje namiastki strachu swojego i konia, któremu garstka dzieciaków rzuca pod nogi petardy. Widać jak zauroczenie zasłania wszelkie racjonalne argumenty i prowadzi przed siebie. I choć wydawać by się mogło, że to tylko zwykła przejażdżka, którą nadzoruje właściciel konia i mama jeźdźca, to w rzeczywistości jest to początek długotrwałego zauroczenia i zafascynowania, które odtąd będzie nam wszystkim towarzyszyć w dalszej drodze.

Zoja zakochuje się w koniach.

Z Berastagi do Medan.

  • No, get off (Nie, złaź ze mnie) – rozlega się wrzask Karoliny w busiku, którym właśnie zmierzamy w stronę Medan – No, no, no! (nie, nie, nie!) – powtarza. – Złaź ze mnie! – dodaje już po polsku.

Oczy wszystkich pasażerów kierują się na przejście w środkowej części pojazdu, które zajmują Karolina z Zoją, dzieląc się skrzynką po butelkach Coca-Coli ustawioną na podłodze. Busik – choć to mało powiedziane – jest pełen. Par oczu – dużo. Standardowo, zdecydowanie więcej niż rekomendowałby producent tego pojazdu. Niektórzy patrzą ze zdziwieniem nie dowierzając, że ktoś może tak hałasować, inni podśmiechują się z sytuacji, której są świadkami.

  • Co się dzieje? – pytam, odwracając głowę od okna w miejscu, gdzie stoję.
  • Usiadła mi na plecach, rozumiesz? Na plecach. Tym swoim grubym dupskiem próbowała usiąść. Na tej skrzynce. – w emocjach odpowiada mi Karolina.
  • Ale jak?
  • No tak, zwyczajnie. Myślała, że zrobię jej miejsce. Wciskając się. Tak właśnie myślała. Że jak będzie się wciskać, siadać na mnie, to ja zrobię jej miejsce. Ale jak? Przecież ja sama nie mam miejsca. Siedzę na skrzynce Coca-Coli w przejściu z dzieckiem na kolanach!

Kobieta złorzeczy coś po chwili po indonezyjsku, stojąc i spoglądając na Karolinę. Zdaje się być zaskoczona sytuacją, że próba wepchnięcia się na miejsce dla jednej osoby, spotyka się z oporem i odmową. Przecież tak w Indonezji się nie dzieje – zdaje się mówić jej wyraz twarzy. Część pasażerów podziela jej zdumienie. Inna część uśmiecha się.

  • Where are You from? – pyta po kilku chwilach jedna z trzech, masywnych, uśmiechniętych kobiet siedzących naprzeciwko mnie..
  • Polandia. (Polska – ind.) – odpowiadam po indonezyjsku.
  • Oo… Polandia… You like Indonesia? – zapytuje, próbując kontynuować rozmowę.
  • I think we do (myślę, że tak – ang.) – odpowiadam.

Zobacz także

Podróżowanie tworzy naszą opowieść o życiu, odkąd jesteśmy we troje. Za Tobą dwudziesty jej rozdział. Kontynuuj czytanie i zobacz wcześniejsze lub późniejsze rozdziały:

  1. 16: Orangutany z sumatrzańskiego parku Gunung Leuser.
  2. 17: Indonezyjskie Boże narodzenie nad jeziorem Toba.
  3. 18: Nie tak łatwo dotrzeć na wyspy Banyak.
  4. 19/1: Tailana. Dzień dobry, czy to raj?
  5. 19/2: Sikandang. Jedna z wysp, o jakich zawsze marzyłam.

Czy wiesz, że…

Planujesz odwiedzić Indonezję? Z każdego miejsca, które odwiedzamy, zostawiamy dużo praktycznych informacji, które pomogą Tobie w planowaniu i organizacji. Oto kilka przykładów:

  1. Jezioro Toba i wyspa Samosir. [Indonezja, Sumatra]
  2. Bukit Lawang i park narodowy Gunung Leuser. [Indonezja, Sumatra]
  3. Wyspy Banyak i Singkil. [Indonezja, Sumatra]

A może inna perspektywa?

Dużo ludzi podróżuje, dużo ludzi to relacjonuje. Sprawdź także relacje innych osób, które tu dotarły.

  1. Relacja z bloga wloczylinki.pl
  2. Opowieść z albumzpodrozy.pl
  3. Relacja z bloga poprostupodroz.com